Ks. prof. Mazurkiewicz o Benedykcie XVI, problemie Boga i człowieka w Europie (wywiad)

„Papież Benedykt XVI chciał nam chyba powiedzieć, że istotne jest nie tylko, jak często i jak powszechnie odwołujemy się do religii, ale także, jak głęboko przeżywamy nasze spotkanie z Bogiem” – powiedział ks. prof. Piotr Mazurkiewicz, który przez cztery lata był sekretarzem generalnym Komisji Episkopatów Unii Europejskiej (COMECE) w Brukseli. Profesor Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie i pracownik Papieskiej Rady ds. Rodziny w rozmowie z KAI mówi m.in. o problemie Boga i człowieka w krajach europejskich, o przegrywanych przez katolików sprawach na forum Unii Europejskiej, próbach korumpowania polityków przez wielkie korporacje międzynarodowe.

KAI: Przez cztery ostatnie lata pracował Ksiądz Profesor w Komisji Episkopatów Unii Europejskiej, teraz pracuje w Papieskiej Radzie ds. Rodziny w Watykanie. Jak z brukselskiej, a teraz watykańskiej perspektywy, przedstawia się Kościół katolicki w Europie?

Ks. prof. Piotr Mazurkiewicz: Kościół katolicki z obu perspektyw jest rzeczywistością bardzo zróżnicowaną pod wieloma względami. W jednych krajach jest Kościołem większościowym, jak we Włoszech czy w Polsce, w innych mniejszościowym, jak w Grecji czy na Cyprze w kontekście dominującego prawosławia, czy w kontekście protestanckim, jak w Skandynawii. Kościół w Europie żyje pośród narodów różniących się kulturą i doświadczeniem historycznym. Dotyczy to także historii religii w poszczególnych krajach. W Polsce na przykład, nigdy nie było wojen religijnych, a Kościół w czasach rozbiorów, okupacji i komunizmu, oferował wszystkim przestrzeń wolności. Mojemu pokoleniu Kościół zawsze kojarzy się z wolnością. Historia Francji jest pełna wewnętrznych konfliktów, w które, jako jeden z komponentów, wmieszana była także religia. Sprawia to, że do dzisiaj wiele osób postrzega obecność religii w sferze publicznej jako potencjalne zagrożenie pokoju społecznego.

KAI: Tak religia była postrzegana z brukselskiej perspektywy?

- Mówię jak jest postrzegana we Francji. Po rewolucji francuskiej, ostatecznie po 1905 r. politykom lewicy udało się religię w znacznym stopniu zmarginalizować i sprywatyzować. Z czasem Kościół nauczył się żyć w tym nieprzychylnym religii kontekście. Choć mamy to samo uniwersalne nauczanie społeczne Kościoła, kontekst, do którego się je aplikuje w różnych krajach jest różny. Nawet narzędzia, których używa się w Kościele do komunikacji z wiernymi są różne. Mając tego świadomość, trzeba szanować odmienną wrażliwość, będącą owocem odmiennego doświadczenia historycznego, a zarazem nie tracić z oczu tego, co jest i powinno pozostać katolickie, to znaczy uniwersalne.

KAI: Jesteśmy świadkami końca pontyfikatu Benedykta XVI. Jednym z głównych jego motywów był problem Boga we współczesnym świecie. Czy ten problem pojawiał się w instytucjach Unii Europejskiej, czy w ogóle nie istniał?

- Unia Europejska jest świecką organizacją i nie byłoby wskazane, by zajmowała stanowisko w sporach teologicznych. Niemniej istnieje „problem obecności Boga” w europejskich społeczeństwach. Nie chodzi tylko o fakt, że sekularyzacja powoduje, iż rzadziej w codziennych rozmowach używamy imienia Bożego. Samo rozumienie takich terminów, jak „Bóg”, „religia”, „wiara” czy „Kościół” stało się bardziej świeckie. Widać to choćby w niektórych komentarzach do decyzji papieża Benedykta XVI o ustąpieniu ze Stolicy św. Piotra, w których jest ona przedstawiana jako rezygnacja szefa wielkiej międzynarodowej korporacji. Jeden prezes zostanie zastąpiony przez innego, a w jego wyborze kardynałowie powinni kierować się kryterium profesjonalizmu. Komentarze bez jakiegokolwiek odniesienia do Boga Żywego i żywej wiary. Nie muszą one wynikać ze złej woli, ale ukazują problem zsekularyzowanych społeczeństw, w których upowszechnia się coraz płytsze rozumienie religii, i to nawet wśród ludzi uważających się za religijnych. Po części jest to konsekwencją kultury masowej, która jest powierzchowna, po części faktu, że coraz więcej jest osób, które nigdy nie miały kontaktu z chrześcijaństwem. Coraz częściej dziecko, widząc księdza w sutannie na ulicy, pyta rodziców: „kto to jest?”, a rodzice nie zawsze są w stanie udzielić poprawnej odpowiedzi. Spłycenie doświadczenia wiary wdziera się jednak w życie każdego z nas. Szczególnie łatwo to zaobserwować patrząc na sposób sprawowania sakramentów, które są uprzywilejowanymi miejscami spotkania człowieka z Bogiem, gdzie Bóg jest realnie dostępny człowiekowi. Ile jest w nas wiary, aby skorzystać z tej ofiarowanej nam przez Boga rzeczywistości? Z perspektywy księdza szczególnym znakiem jest sposób przyjmowania przez wiernych Komunii świętej, ponieważ wiara człowieka jest w tym momencie widoczna dla oczu. Podobnie wierni widzą wiarę księdza, patrząc na sposób, w jaki sprawuje on Eucharystię. Papież Benedykt XVI chciał nam chyba powiedzieć, że istotne jest nie tylko, jak często i jak powszechnie odwołujemy się do religii, ale także, jak głęboko przeżywamy nasze spotkanie z Bogiem. Można bowiem przyjmować sakramenty jedynie powierzchownie.

KAI: Powierzchowność a nie głębia chyba dotyczy nie tylko religijnego, ale całej naszej kultury i cywilizacji...

- Ogłoszenie Roku Wiary przez Benedykta XVI jest wielkim znakiem dla Kościoła, ale także wyzwaniem dla całej naszej cywilizacji, dla całego świata świeckiego. Niezależnie od stosunku człowieka do chrześcijaństwa, mówi papież, życie w kontekście kultury wypłukanej z tego, co duchowe, powoduje spłycenie osoby ludzkiej. To wielka strata dla każdego człowieka, niezależnie czy jest wierzący czy nie. Papież cały czas przypominał, że najcenniejszym, co Kościół wniósł w kulturę jest wiara w Boga żywego. Próbując uzasadniać użyteczność Kościoła w życiu społecznym najczęściej przywołujemy liczbę instytucji użyteczności publicznej zorganizowanych przez Kościół: katolickich szkół, szpitali, domów opieki i innych. Historyczny wkład i aktualna działalność tych instytucji jest czymś ważnym, ale nie najważniejszym. Najważniejsza jest wiara w Boga. Ona jest najcenniejszym skarbem, którym dzisiaj i w przyszłości Kościół dysponuje.

KAI: Benedykt XVI mówi także, że kryzys Boga jest także kryzysem człowieka..

- Konsekwencją chrześcijańskiej wiary w Boga jest również przekonanie, że człowiek został stworzony na Jego obraz i podobieństwo. To wizja niezwyklej godności osoby ludzkiej, kobiety i mężczyzny, która zaowocowała między innymi powołaniem do życia takiej instytucji społecznej, jak małżeństwo monogamiczne, złożone z jednego mężczyzny i jednej kobiety. Jest to konsekwencja monoteistycznej wiary chrześcijańskiej. Jak mężczyźnie należy się całe serce kobiety, tak kobiecie całe serce mężczyzny, nieodwołanie, na całe życie. To bardzo wiele mówi o godności człowieka. W chrześcijańskiej antropologii zakorzeniona jest cała koncepcja praw człowieka, nawet jeśli ma ona charakter prawno-naturalny. Gdy słabnie wpływ chrześcijańskiej wiary na sposób postrzegania świata, zubożeniu ulega także nasza wizja człowieka. Wprawdzie wciąż mówimy wiele o godności człowieka, ale mamy na myśli coś znacznie mniej istotnego, przywiązujemy mniejszą wartość do jego osoby.

KAI: Czy w zamian nie proponuje się innej wizji człowieka?

- Myślę, że wizja człowieka, którą próbuje się obecnie zastąpić chrześcijaństwo, zakorzeniona jest głównie w nihilizmie Nietzschego i w marksistowskiej ideologii. Wychodząc z tych ideologicznych przesłanek, próbuje się dokonać de-konstrukcji chrześcijańskiej cywilizacji, poczynając od „rozbioru na części” tak podstawowych instytucji społecznych, jak małżeństwo i rodzina. A ponieważ jest to robione przez ludzi o niezbyt subtelnych umysłach, de-konstrukcja prowadzi faktycznie do destrukcji. Jest to, mówiąc bardziej ogólnie, próba zastąpienia realistycznego podejścia do świata podejściem idealistycznym. Próbuje się narzucić na rzeczywistość siatkę pojęciowa zupełnie do niej nie przystająca. W tym sensie jest to kontynuacja marksizmu, jako idealistycznej ideologii. W tym duchu mówi się, na przykład, że na świecie nie ma już mężczyzn i kobiet, tylko jakieś inne istoty, których tożsamość nie jest związana z cielesnością. Może tak twierdzić tylko ktoś, kto nie ma kontaktu z rzeczywistością. Utopijny projekt marksistowski skompromitował się na naszych oczach. Mam nadzieję, że także w stosunku do tej „nowej” ideologii ludzie, którzy mają na co dzień kontakt z rzeczywistością, któregoś dnia powiedzą: „Dość! Proszę nie traktować nas jak idiotów!”

KAI: Czy nie będzie już za późno?

- Zależy z jakiego punktu widzenia na to się spojrzy, co rozumiemy przez „za późno”. 70 lat komunizmu kosztowało życie, nie tylko w sensie fizycznym, ale i duchowym, miliony ludzi. Dla nich upadek komunizmu przyszedł za późno. Dla nas, żyjących po komunizmie, nie jest za późno w tym sensie, że nie jesteśmy w żaden sposób zwolnieni z odpowiedzialności za przyszłość i dysponujemy wszystkimi instrumentami koniecznymi do tego, aby móc tę odpowiedzialność właściwie wypełnić.

KAI: Wspomniał Ksiądz Profesor, że my, katolicy często przegrywamy wiele spraw na własne życzenie. Dowodem jest choćby to, że w zdominowanym od lat przez chrześcijańskich demokratów Parlamencie Europejskim przegłosowywanych jest wiele ustaw antychrześcijańskich. Dlaczego nie przeciwstawiamy się tym niszczącym naszą kulturę i cywilizację tendencjom?

- Problem jest wieloaspektowy. W Unii Europejskiej katolicy stanowią około 54 proc. wszystkich obywateli. Gdyby działali w sferze społecznej i politycznej konsekwentnie, zgodnie z wiarą, rzeczywistość wyglądałaby inaczej. Dodajmy do tego jeszcze ponad 30 proc. chrześcijan innych wyznań. W Polsce przerabialiśmy ten problem bezpośrednio po upadku komunizmu, gdy wydawało się, że społeczeństwo złożone w ponad 90 proc. z ludzi wierzących, spontanicznie, w demokratyczny sposób, zbuduje państwo, w którym szanuje się wartości chrześcijańskie. Niestety rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Podobnie w Unii Europejskiej, której jednak nie należy demonizować. Moim zdaniem te najbardziej problematyczne projekty pojawiają się najpierw na poziomie krajowym w jednym z państw członkowskich, a dopiero później przenoszone są do Brukseli.

Później, niestety, Unia funkcjonuje niczym pas transmisyjny, przenosząc niektóre z nich na poziom międzynarodowy. Jeśli skupimy się na poziomie narodowym, trzeba pamiętać, że pod wieloma kontrowersyjnymi ustawami widnieją podpisy katolickich polityków. Stąd powstaje pytanie, z jednej strony, na ile konsekwentnie żyją oni wiarą, z drugiej zaś, na ile ich koncepcja obecności w polityce jest poprawna. Być może w przekonaniu niektórych polityków odwołujących się oficjalnie do chrześcijaństwa sama obecność w polityce jest ważniejsza od jej treści. Rozmawiając z chrześcijańskimi politykami forsującymi kontrowersyjne projekty niekiedy słyszy się argument, że muszą to robić, gdyż po nich mogą przyjść inni i przegłosować jeszcze gorsze ustawy. Moim zdaniem jest to błędna droga. Pamiętajmy jednak, że w polityce jest wielu przyzwoitych ludzi i wielu bardzo poważnie traktujących swoją wiarę.

KAI: Moim zdaniem kwestia chyba jest jeszcze prostsza. Za wieloma ustawami kryje się lobby, które ma pieniądze i kupuje sobie posłów realizując swoje cele. Czy to tak nie wygląda?

- W polityce pieniądze odgrywają istotną rolę. Decyzje polityczne na ogół mają poważne konsekwencje ekonomiczne. Stąd próby korumpowania polityków, na przykład, przez wielkie korporacje, usiłujące „kupić” sobie ustawę. Aktywne są także lobby światopoglądowe, które promują swoją wizję świata. Często oba te aspekty łączą się ze sobą. Kwestia aborcji, eutanazji, antykoncepcji czy in vitro, to nie tylko przedmiot sporu światopoglądowego, to także poważny sektor życia gospodarczego i związane z nim zyski.

Bardzo często myślimy o polityce w kategoriach suwerennej władzy, która odpowiada za wszystko, co dzieje się na danym terytorium. Takiej suwerennej w dawnym znaczeniu władzy już nie ma. Na scenie politycznej pojawiło się wielu nowych aktorów, którzy z powodzeniem konkurują z rządami o wpływy polityczne, ekonomiczne czy światopoglądowe. Politycy liczą się z nimi nie mniej, niż z własnym elektoratem, ponieważ niejednokrotnie dysponują argumentem silniejszym, niż kartka do głosowania. Stąd pewien typ spolegliwości polityków wobec instytucji międzynarodowych, międzynarodowych korporacji, sektora bankowego czy mediów. Nie chodzi mi o krytykę tak postępujących polityków, ale o zrozumienie kontekstu, w jakim tworzy się dzisiaj politykę. Szczególną rolę odgrywają wielkie międzynarodowe organizacje pozarządowe, których cele na ogół bardzo mocno zabarwione są ideologicznie. Tutaj także doszło do zasadniczej zmiany. Organizacje pozarządowe pojawiły się niegdyś jako owoc spontanicznej aktywności obywateli, którzy niezależnie od władzy politycznej próbowali zorganizować swoje najbliższe otoczenie. Z czasem wiele z nich przekształciło się w wielkie międzynarodowe organizacje utrzymywane głownie ze środków publicznych. Trudno nazywać je wciąż pozarządowymi, skoro to rządy, bezpośrednio lub pośrednio, są ich głównymi sponsorami. Żyją w symbiozie nie tyle ze społeczeństwem, które miały reprezentować, co z tymi, od których faktycznie biorą pieniądze.

Jednym z takich przykładów jest „ILGA” - International Lesbian and Gay Association, które, według jego własnych sprawozdań finansowych, ok. 70 proc. środków otrzymuje z Komisji Europejskiej (ponad 50 proc.) i rządu Holandii, a pozostałe na przykład, od George`a Sorosa. W przypadku takich organizacji trudno utrzymywać, że reprezentują one opinię społeczeństwa. Zjawisko to nazwano re-feudalizacją społeczeństwa obywatelskiego. Skutek jest taki, że obywatele, nieświadomi tego, finansują ze swoich podatków także organizacje działające przeciwko ich interesom i ich wizji świata.

KAI: Czy nie mamy już także do czynienia z wielką erozją demokracji, kiedy mniejszość narzuca swą wolę większości?

Jest wiele przyczyn erozji demokracji. Alexis de Tocqueville wskazywał, że niezbędnym fundamentem demokracji jest chrześcijaństwo. Widział taką zależność: im mniej chrześcijaństwa w społeczeństwie, tym mniej jest ono demokratyczne. Ponadto demokracja, od strony teoretycznej i praktycznej, jest systemem dostosowanym do wymiaru państwa narodowego. Moim zdaniem nawet teoretycznie nie ma pomysłu na demokrację na poziomie międzynarodowym, o ile słowo to nie ma być pozbawione swojego podstawowego znaczenia. Dziś, jak powiedzieliśmy, czynnik ponad-narodowy odgrywa istotną rolę w polityce i państwa niejednokrotnie muszą albo chcą się z nim bardziej liczyć, niż z wolą swoich obywateli. Dobrą ilustracją jest konflikt o międzynarodową umowę „ACTA”. Jego istotą z politycznego punktu widzenia nie była kwestia praw autorskich i tantiem, ale spór o kompetencje suwerennego państwa. Gdyby bowiem umowa weszła w życie, państwa dysponujące własnym wymiarem sprawiedliwości musiałyby przekazywać dane swoich obywateli, którzy naruszyli prawa własności intelektualnej w ręce jakieś prywatnej korporacji międzynarodowej, która wymierzałaby „sprawiedliwość”. Jej władze nigdy nie otrzymały demokratycznego mandatu do sprawowania jakiejkolwiek kontroli nad wolnymi społeczeństwami. To tylko jeden z przykładów, że demokracja przeżywa kryzys.

Polityka zrodziła się, gdy ludzie we wzajemnych relacjach zrezygnowali z używania siły fizycznej na rzecz siły argumentu. Walkę wręcz zastąpiono walką na słowa. Areną słownych utarczek, w których politycy próbują przekonać swoich adwersarzy mocą racjonalnych argumentów jest parlament. Stan demokracji zależy od jakości publicznej debaty. „Psucie” słów poprzez rozmywanie ich znaczenia jest kolejnym przejawem kryzysu demokracji.

Weźmy choćby termin „małżeństwo”, które oznacza związek jednego mężczyzny i jednej kobiety. Jeśli próbuje się używać tego terminu na określenie innego typu relacji między ludźmi, to wypłukuje się go z jednoznacznej treści, aż w końcu przestanie on mieć jakiekolwiek znaczenie. Rozwój osobowy człowieka związany jest ze wzbogacaniem jego słownika, z nabywaniem umiejętności coraz bardziej adekwatnego doboru słów do opisu różnorodnych stanów rzeczywistości. Trzeba „odpowiednie dać rzeczy słowo”, broniąc się przed mową „zmienioną chytrze przez krętaczy”. Poszerzanie słownika wzbogaca wizję świata, pomaga lepiej go zrozumieć i, ostatecznie, podejmować decyzje, które dobrze korespondują z rzeczywistością. Dzisiaj natomiast obserwujemy tendencję do zubożania słownika, próbuje się wprowadzać jakąś listę pojęć dozwolonych i listę pojęć zakazanych, które uporządkowane są według ideologicznych kryteriów poprawności politycznej. Na tej liście w niektórych krajach znalazły się nawet takie słowa, jak „ojciec” i „matka”.

Umiejętność wyrażania w mowie subtelnych różnic, a więc zdolność do dyskryminacji, odróżniania, oddzielania – zdaniem współczesnych ideologów - powinna zniknąć. Jedno słowo „dozwolone” ma wystarczyć tam, gdzie dawniej używano słów wielu, by odróżnić odmienne sytuacje. Przypomina mi się zasłyszana anegdota z początku lat 50. XX w. Na jednym z uniwersytetów „postępowa” młodzież socjalistyczna zorganizowała wykład dla nieuświadomionych klasowo profesorów. W pewnym momencie młody, zapalony prelegent stwierdził, że marksizm to klucz, który otwiera wszystkie drzwi. Prof. Kazimierz Ajdukiewicz poprosił wówczas o głos, by podzielił się swoim spostrzeżeniem: „O ile wiem, taki przedmiot w języku polskim nazywa się wytrychem”. Dążenie do zubożenia języka jest dążeniem do zubożeniem życia intelektualnego ludzi. Gdyby któregoś dnia „semantycznw bojówki” osiągnęły sukces w tej dziedzinie, byłoby to równoznaczne z regresem z punktu widzenia życia jednostki, społeczeństwa i samej demokracji. Gdy słowa tracą swoje znaczenie, komunikacja między ludźmi staje się niemożliwa, a wówczas jedynym argumentem, aby zaprowadzić w społeczeństwie jakiś ład, pozostaje argument siły. Brońmy znaczenia słów. Nie nazywajmy małżeństwem tego, co nim nie jest.

KAI: Czy już doszliśmy do takiej sytuacji?

- Gdyby pewnego dnia racjonalna dyskusja stała się niemożliwa, kolejnym etapem byłaby próba zamknięcia ust poprzez upokarzanie człowieka, z którym się nie zgadzamy, a gdy argumenty ad hominem nie odniosą skutku, użycie wobec niego siły fizycznej. Miejmy nadzieję, że do takich sytuacji nie dojdzie, że wcześniej ludzie odkryją, że król jest nagi.

KAI: W tym kontekście, gdzie się podziała szczytna idea Unii Europejskiej opartej na chrześcijańskich zasadach podzielanych przez państwa narodowe?

- Czy za taką sytuację jest odpowiedzialna Unia Europejska? Myślę, że nie. Problemy te pojawiły się na poziomie krajowym, a potem przeniesiono je do Brukseli. Wydaje mi się, że to raczej funkcjonuje jak infekcja w wielodzietnej rodzinie. Jedna chora osoba zaraża resztę.

Zawodzi niestety system immunologiczny Unii Europejskiej. Nie jest on jeszcze dopasowany do powagi tej instytucji. Mówiąc o systemie immunologicznym instytucji, myślę o poprawnej antropologii, jako fundamencie prawa i polityki europejskiej. UE znacznie bardziej niż jakiekolwiek państwo członkowskie potrzebuje poprawnej antropologii. Nie wystarczą indywidualne cnoty poszczególnych polityków. Bez jednoznacznego odwołania się do prawa naturalnego w prawie traktatowym, Unia jest całkowicie bezbronna wobec sporów o tak podstawowym z punktu widzenia cywilizacyjnego znaczeniu, jak eksperymenty na ludzkich embrionach, aborcja, eutanazja, ochrona instytucji małżeństwa, czy prawo dziecka do ojca i matki. Listę tę można zapewne wydłużyć, ale od tego, jakie stanowisko zajmiemy w tych sprawach, zależy przyszłość naszej zachodniej cywilizacji.

KAI: Są to wyzwania przed którymi musi stanąć Kościół, Papieska Rada ds. Rodziny i nowy papież.

- Mogę co najwyżej wyrazić moje prywatne zdanie. Najważniejsze wyzwania mają charakter ściśle religijny. Przede wszystkim, jak przekazywać wiarę, co robić, aby zbawienie ofiarowane przez Chrystusa zostało przyjęte przez możliwie każdego człowieka. Człowiek wierzący musi być głęboko przekonany o tym, że najważniejszą sprawą jego życia jest kwestia zbawienia. Świadomość tego porządkuje jego działania. Obok pojawia się pytanie o odpowiedzialność człowieka za rzeczywistość doczesną. W tym horyzontalnym wymiarze zaś pytanie o życie fizyczne jednostki: jak zagwarantować każdemu prawo do życia od poczęcia do naturalnej śmierci, jak zagwarantować to, by dzieci miały ojca i matkę, jak zagwarantować to, by człowiek nie był przedmiotem eksperymentów, by miał gdzie mieszkać i mógł żyć spokojnie i szczęśliwie na ziemi. W chrześcijaństwie te dwa wymiary: wertykalny i horyzontalny są ze sobą ściśle powiązane poprzez dwa przykazania miłości. Stąd także dwie pokusy niewierności: ucieczki od świata i ucieczki od Boga. Oznacza to także, że wiara zawsze pozostaje wyzwaniem. Z jednej strony, w chrześcijaństwie nie ma nic nowego, bo nie trzeba wymyślać nowej Ewangelii. Z drugiej, Dobra Nowina jest rzeczywistością nigdy do końca nie zrealizowaną. Próbujemy za nią nadążać, a ona zawsze nas wyprzedza.

Rozmawiali: ks. Przemysław Śliwiński i Krzysztof Tomasik
ps, tom (KAI Rzym) / Rzym