WSPOMNIENIE O DANIELU ALLEGRO

“Bóg jest dla nas ucieczką i mocą: łatwo znaleźć u Niego pomoc w trudnościach (Ps 45)

Tym psalmem zwróciłem się do Boga usłyszawszy od siostry Daniela wiadomość o jego śmierci.

Znowu zgon drogiej osoby dotknął w niedługim czasie Wspólnotę Instytutu, a w szczególności Wspólnotę Wenecką; tylko powracając do Niego możemy znaleźć pociechę, jak uczył nas Daniele, zwłaszcza w okresie swojej choroby.

Jego śmierć, jak wiemy, nadeszła po ponad roku od początku jego choroby. Był to okres cierpień fizycznych (bardzo inwazyjna operacja, długie pobyty w szpitalu na rozmaite leczenia i cały szereg ubocznych zabiegów chirurgicznych, a pomiędzy tymi zabiegami wracał na krótko do domu i do pracy, zawsze otoczony czułą opieką siostry, braci i wszystkich krewnych, którzy nigdy nie pozostawili go samego), znoszonych pogodnie, z wielką siłą ducha, którą wielu z nas widziało i podziwiało.

Przykładów do opowiedzenia jest wiele. Przypomnę tylko niektóre.

Spokój, z jakim opowiadał o swojej chorobie od samego początku.
Prośba, z jaką zaraz po pierwszej operacji zwrócił się do niego personel pielęgniarski, by wszedł w skład ekipy wsparcia psychologicznego dla osób, które przeszły tę samą operację, gdyż – jak mu powiedzieli – “Pan jest zawsze taki pogodny, a wielu innych pacjentów na ogół płacze”.

Wybuch płaczu lekarki – miała mu pomóc przetrwać trudny moment choroby – która, zapytawszy go skąd bierze tyle pogody ducha, usłyszała w odpowiedzi delikatną opowieść o wierze, o doznaniach dialogu z Bogiem.

Wszyscy ci – a wśród nich wielu z nas – którzy się do niego zbliżyli, mogą zaświadczyć o tej pogodzie ducha, która udzielała się innym w rozmowach z nim nawet, kiedy leżał w szpitalnym łóżku, nigdy nie dopuszczając, by cierpienia wzięły nad nią przewagę. 


Lecz ta pogoda nie była niespodzianką dla nikogo z tych, którzy mieli szczęście towarzyszyć mu z bliska w podróży: to była naturalna konsekwencja życia głęboko osadzonego w tajemnicy Boga. Pewnie, miał w swoim charakterze szczególną cechę, która sprawiała, że patrzył na życie z radością i optymizmem. Jak napisał Robin, był człowiekiem spoglądającym z wysoka i zawsze uśmiechniętym”.

„Allegro (Wesoły) – to nazwisko to cały program!” „Wesoły się nazywasz i wesoły jesteś!” powtarzałem mu często.

Żartowałem z nim zawsze, aż do ostatka.

Ostatni raz, kiedy mogliśmy porozmawiać (następnym razem, w przeddzień śmierci, był już nieprzytomny), co i raz to podrzemywał z powodu leków uśmierzających ból. Aż wreszcie pożegnał się ze mną, prosząc o wybaczenie (!), że tak co chwilę przysypia, i dodał “Może następnym razem, jak przyjdziesz, będę bardziej przytomny”. Odpowiedziałem, oczywiście z uśmiechem: „Niemożliwe, czyż kiedykolwiek w ogóle byłeś przytomny?!”. Nawet wtedy umiał poznać się na żarcie: roześmiał się i pogroził mi pięścią, że niby zaraz mi „przyłoży”. Po czym rozstaliśmy się, żegnając się gestem podniesionego kciuka, jak ma to w zwyczaju Papież Franciszek.

I dziękuję wciąż Danielowi za to, że pożegnaliśmy się tak sobie przyjaźnie żartując, z uśmiechniętą twarzą, bo takim go właśnie poznałem i takim go zapamiętam. 
Lecz z pewnością jego radość nie brała się jedynie z charakteru; była głęboko zakorzeniona w jego dialogu z Bogiem.

Jak powiedział celebrans w homilii podczas Mszy żałobnej: „Daniele był człowiekiem zakochanym w Bogu”.

Dla Daniela relacja z Bogiem była nie tyle owocem zobowiązania czy zewnętrznej dyscypliny (na  pewno były i one), ile faktem spontanicznym, zrodzonym ze świadomości spotkania  tajemniczego i większego od niego Ty.

Nie sądzę, że zdradzę tu jakieś poufne zwierzenia (z drugiej strony nie byłoby słuszne ukrycie jego bogactwa wewnętrznego: nie po to, by je opiewać, przesadnie wychwalając, ale po to, by pomóc nam umocnić naszą wiarę), jeżeli zacytuję tu zdanie, którym zakończył swój list z prośbą o dopuszczenie do profesji wieczystej: „Chciałbym zakończyć cytatem z Ewangelii o Magdalenie u Grobu (epizod jest mi bardzo drogi!). Ją, kobietę odsuniętą na margines społeczny, choć nie rozpoznała Zmartwychwstałego w ogrodzie, Chrystus nazywa „Marią” „ulubienicą” i po tym, że tak ją zawołał, rozpoznała Go! Proszę zawsze w modlitwie, by Chrystus zawołał mnie po imieniu i bym rozpoznał Go w ogrodzie tego świata”.

I na pewno Bóg udzielił mu tej łaski, a była to również łaska nie poddawania się bólowi i przerażeniu. “Niech nic cię nie niepokoi – niech nic cię nie przeraża!” takie było hasło, które umieścił  w roku 2008 w programie życia na nadchodzący rok, a które rodzina słusznie przytoczyła na upamiętniającym go wizerunku.


I dlatego był rozmiłowany w ludziach i w świecie, na którym oni żyją.  Kto go spotkał, może zaświadczyć, jak bardzo był zawsze gotów słuchać innych (w tym gronie również księży, którzy prowadzili z nim rozmowy duchowe), dając zawsze rozmówcy czas na wypowiedź. Wysłuchiwał ich i to, co usłyszał, kazało mu działać, pochylając się nad potrzebami i nieszczęściami bliźnich. On jeden wie, ile wielkoduszności włożył w swoją pracę dla ludzi znajdujących się w trudnej sytuacji. “Uczę się – pisze w tymże liście z prośbą o dopuszczenie do ślubów wieczystych – jak być człowiekiem, który ustosunkowuje się pozytywnie do drugiego człowieka, nawet, jeżeli muszę sobie czegoś odmówić z miłości; jestem pewien, że w ten sposób mogę doświadczyć prawdziwej radości w Chrystusie i ucząc się tego dostrzegam, że również ten drugi człowiek, który stoi blisko mnie, wychowuje mnie i daje mi wzrastać tak, jak i ja chcę, aby on też dojrzewał, pomimo, że nie na tej samej drodze”.

Lecz był rozmiłowany również w swoim powołaniu, które traktował bardzo poważnie, oraz w Instytucie.

W cytowanym już liście pisał: „Zastanawiam się często w czym mogę być użyteczny, jaki wkład mogę wnieść do tej rodziny instytutowej. Jeżeli przyjmiecie tę moją prośbę, nie wiem, jaką korzyść przyniesie to Instytutowi, ale wiem, jaki skarb ja od niego dostanę, i to dlatego proszę Pana, Panie Przewodniczący, i Was wszystkich, Bracia, a przede wszystkim mojego Odpowiedzialnego, abyście byli przy mnie, bo czuję, że jesteście częścią tej dłoni, do której złożyłem moje serce, a raczej do której zaproszono mnie, bym je złożył”.

Instytut jako rodzina, która spoczywa w dłoni Boskiej ręki.

Dlatego kilka miesięcy temu poprosił o sakramentalne udzielenie mu namaszczenia chorych w obecności nie tylko najbliższej rodziny, ale i przyjaciół ze Wspólnoty: wiedział, że ma przed sobą trudny okres i z pokorą prosił o pomoc Boga i Wspólnotę.

Był koordynatorem GIIS Triveneto (dla obszaru Trzech Wenecji) i pełnił tę funkcję z oddaniem, nie jak biurokrata, lecz szukając i spotykając się bezpośrednio z ludźmi, odwiedzając ich nawet pojedynczo i w odległych miejscowościach.

W Instytucie pełnił różne funkcje: Radnego generalnego, Radnego Wspólnoty, Odpowiedzialnego grupy Padwy-Vicenzy, mówił o swoich podopiecznych czule „i me' vecioti” – moi staruszkowie – i dużo pracy włożył w organizację ich spotkań, także biesiadnych, u siebie, albo w domu któregoś z nich.

Ostatnim jego zadaniem była opieka nad kilku aspirantami.

Zanim przyjął tę funkcję, zadzwonił do mnie po radę, powiedział, że boi się tego zadania, że nie czuje się zdolny, ale że dla niego będzie to radość, nie ciężar.

I często opowiadał mi z zadowoleniem o swoich spotkaniach z tymi „młodymi”, powtarzając zawsze, jak czuje się ubogacony przez nich i przez to, co od nich dostaje.

W pożegnalnej Mszy,  odprawionej w jego Parafii Padewskiej (dzięki przejściom Daniela była to chwila pełna pogody i ufnej wiary w życie przyszłe), uczestniczyło mnóstwo przyjaciół, tłumnie zapełniających także dziedziniec kościelny (trzeba było zamontować głośniki na zewnątrz kościoła), ale i bardzo wielu aspirantów i członków Instytutu, przybyłych na uroczystość pogrzebową również z Lombardii i z Sycylii: była to odpowiedź na to, co on z siebie dał oraz sposób, by powiedzieć mu: „Dzięki ci, Daniele!”.

Treviso 18 stycznia 2016

Beppe Boldon Zanetti