19 grudnia - Płynna wdzięczność

Powiadam wam: Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia. - Ewangelia wg św. Łukasza 15,7 - Przeczytaj: Ewangelia wg św. Łukasza 15,11-32

 Miałem kiedyś okazję słyszeć świadectwo mojego syna Denny’ego. Nigdy wcześniej nie słyszałem, żeby wygłosił jakieś przemówienie. Nie zapomnę, jak tym razem wygłosił mowę swojego życia. Zawsze będę pamiętał wahanie widoczne w pierwszych wypowiedzianych przez niego słowach. Stał ze spuszczoną głową, niemal jakby się wstydził tego, co mówi: „Jak większość z was wie, urodziłem się w naprawdę dobrym chrześcijańskim domu. Było to w Wilmore w Kentucky. Bardzo wcześnie usłyszałem o Chrystusie. Kiedy miałem siedem lat, moja mama pomodliła się razem ze mną, żebym przyjął Chrystusa i wtedy też Go znalazłem. Kolejne dwa czy trzy lata to szereg cennych wspomnień związanych z obecnością Chrystusa w moim życiu. Kiedy zacząłem wchodzić w okres dorastania, a więc wkroczyłem w wielką przepaść wypełnioną poczuciem niższości, miałem nieproporcjonalnie duże jabłko Adama i za małe mięśnie. Zacząłem wówczas więcej myśleć o sobie zamiast o Chrystusie i okazało się, że wkrótce znalazł się On na marginesie mojego życia. Do czasu college’u byłem już przekonany, że chrześcijaństwo jest tylko kolejną religią, a kiedy poszedłem na uniwersytet, byłem dumny z mojego ukrytego ateizmu. Wierzyłem, że na uniwersytecie znajdę się w otoczeniu ludzi otwartych i niezależnych, ale spotkało mnie rozczarowanie...

 Siedziałem kiedyś na sali, kiedy jeden z profesorów szydził ze studenta, który zasugerował, że w stworzeniu świata mógł brać udział czynnik ponadnaturalny. Przekonałem się, że każdy z wykładowców miał ukryte zamiary i uprzedzenia, i że starali się oni przekazać mi obraz rzeczywistości, który ani nie pasował do tego, czego mnie uczono w domu rodzinnym, ani do tego, czego sam dowiedziałem się już na temat życia. Zacząłem więc drogę powrotną do Chrystusa, a On zaczął przybliżać się do mnie. Wreszcie skończyłem medycynę i rozpocząłem staż. Przekonałem się, że mogę pracować przez trzydzieści sześć godzin, obywając się bez snu, ale też odkryłem, że kiedy nie rozmawiam z Chrystusem, On nie rozmawia ze mną.
 I znów Chrystus znalazł się na marginesie mojego życia, zostawiając ogromną pustkę w samym jego centrum. Ale pustka ma charakter tymczasowy. Zanim się zorientowałem, miejsce Chrystusa zajęły inne pragnienia i zachcianki. Powoli zacząłem sobie uświadamiać, że jeśli Bóg nie uczyni jakiegoś cudu w moim życiu, to przegrałem i to na całej linii. Wziąłem więc dzień wolnego i poświęciłem go na post i modlitwę. Nie polecam wam tego sposobu, chyba że jesteście gotowi na zmiany.
 Sześć tygodni później jeden z kolegów pośliznął się podczas operacji, a trzymane przez niego narzędzie chirurgiczne przebiło mi rękawiczkę jednorazową, znalazłem się więc na oddziale, bez stażu, za to ze śmiertelną odmianą zapalenia wątroby. Miałem mnóstwo czasu na czytanie Biblii i modlitwę. Nie miałem nic innego do roboty. Dowiedziałem się, czym jest silny ból, poważne dolegliwości i głęboka depresja, ale, co ciekawe, teraz, kiedy patrzę wstecz, w ogóle tego nie pamiętam. Pamiętam jedynie, że w tamtym okresie Jezus Chrystus na powrót stał się dla mnie namacalną rzeczywistością, że na nowo znalazł się w centrum mojego życia, a wspomnienie Jego obecności usunęło pozostałe wspomnienia w cień. (za: Każdy dzień)