o. Marian Żelazek – człowiek, który kochał życie [wywiad]

Nie bał się śmierci, kochał życie, żył pełnym życiem, potrafił co do joty wykorzystać każdy dzień od świtu do nocy, nie marnował żadnej sekundy, aby zrobić coś dobrego. A wszystko, co robił, mówił i myślał, miało swe źródło w Panu Bogu, w wierze w Pana Boga - tak o. Mariana Żelazka opisuje o. Thazhathuveetilem Kurianem SVD - główny postulator procesu beatyfikacyjnego Sługi Bożego na szczeblu diecezjalnym.

Anna Kot: Po ponad dwóch latach od rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego na szczeblu diecezjalnym (luty 2018 r.) w diecezji, na terenie której leży Puri w Indiach, gdzie pracował o. Marian Żelazek, przybywa Ojciec do Polski. Jaki jest cel tej wizyty?

O. Thazhathuveetil Kurian SVD: Są dwa, równie ważne, powody mojego przyjazdu do Polski. Po pierwsze pobyt w ojczyźnie o. Mariana daje mi szansę bezpośredniego, osobistego kontaktu z osobami odpowiedzialnymi za pomocniczy proces beatyfikacyjny, jaki toczy się w Polsce. Spotkałem się już i porozmawiałem z abp. Stanisławem Gądeckim, metropolitą poznańskim, głową diecezji, z której pochodził o. Marian, członkami trybunału kurialnego, rogatoryjnego, no i wicepostulatorem – o. Henrykiem Kałużą, werbistą i misjonarzem, reprezentującym w tym procesie nasze Zgromadzenie Słowa Bożego w Polsce. Zaplanowałem także rozmowy z co najmniej kilkoma osobami świeckimi, które już złożyły świadectwa w tym procesie. Drugi powód jest bardziej organizacyjny – chcę zsynchronizować nasze działania procesowe, już dokonane w Puri, z tymi przeprowadzonymi w Polsce. Ten nasz osobisty kontakt indyjsko-polski to gwarancja prowadzenia jednolitych działań, dzięki czemu uda się nam zapobiec sytuacji, w której będziemy prowadzić dwa niezależne procesy.


- Czy efekty prac, którymi Ojciec kieruje w Indiach, pokrywają się, uzupełniają , a może wykluczają z tymi prowadzonymi w Polsce?

Na początek zapoznałem się z oryginalnymi dokumentami dotyczącymi o. Mariana, a potwierdzającymi jego przynależność do Kościoła i Zgromadzenia, czyli poprosiłem o świadectwo chrztu i święceń kapłańskich, ale także akt urodzenia oraz dokumenty związane z jego rodziną czy rzeczy materialne. Już na tym wstępnym etapie prac w Indiach spotkałem się z różnymi wersjami biografii Mariana Żelazka z okresu przed wstąpieniem do werbistów czy z czasów pobytu w obozie. Jako postulator muszę te wszystkie informacje uwzględnić i zweryfikować. Co do wydarzeń związanych z życiem rodzinnym, rozmawiałam już w Opolu z ostatnią żyjącą siostrą o. Mariana. Przed moim przyjazdem – pod przysięgą – przesłuchał ją o. Kałuża. Uznałem, że jej relacje można uznać za wiarygodne. Jeśli zaś chodzi o pobyt o. Mariana w obozach, będę korzystał z opisu, który on sam sporządził. Trudność tkwi w tym, że wszystkie jego zapiski są w języku polskim – trochę czasu zejdzie więc nam na przetłumaczeniu ich wszystkich na język angielski. Nasze prace – te i w Indiach i w Polsce – to dopiero pierwszy etap – diecezjalny. Nasze zadania polegają na dotarciu do podstawowych dokumentów, świadectw przynależności do Kościoła, ale też wspomnień, historii, świadectw heroiczności jego wiary, że był wiernym synem Kościoła i tą wiarą żył. Po przekazaniu wszystkich dokumentów do Watykanu, nastąpi drugi etap, którego finałem będzie prośba do papieża o uznanie o. Mariana błogosławionym.


-Czy podczas tych dwóch lat pracy napotkał już Ojciec jakieś trudności, które mogą spowolnić czy wręcz zahamować proces?

Zacznijmy od tego, że teraz najważniejsze jest znalezienie dokumentów – to podstawa, by ruszyć z miejsca. I tu od razu pojawiła się trudność. Okazało się, że o. Marian miał w Puri w swoim aszramie szafkę z dokumentami, którą trzymał zamkniętą na klucz. Po jego śmierci kontynuowałem jego pracę i skoncentrowałem się na sprawach bieżących, no i muszę wyznać, że trochę zapomniałem o tej szafce. Dopiero po 6 miesiącach znalazłem klucz i otworzyłem ją. Niestety – okazało się, że klimat indyjski zrobił swoje – w niewielkim oszklonym okienku szyba pękła, a przez otwór wdarła się do środka woda i przywędrowały insekty. Dużą część notatek nadgryzły, a papier od wilgoci się pokleił. W ten sposób bezpowrotnie straciliśmy znaczną część prywatnych notatek o. Mariana – były tam listy, które pisał i dostawał, konferencje, kazania, wspomnienia i pamiętniki, czyli teksty bardzo ważne – związane z jego życiem osobistym i ukazujące zarys jego duchowości.



- W takim razie, jakimi dokumentami teraz Ojciec dysponuje? Mają jakąś wartość?

Oczywiście. Mam inne materiały – najstarsze listy pochodzą z 1948 roku, czyli okresu, kiedy o. Marian był świeżo po święceniach – wszystkie są po polsku. Dostęp do ich kopii ma o. Kałuża, który ma je posegregować i wyselekcjonować te najważniejsze dla procesu. Cześć dokumentów jest oczywiście w archiwach naszego generalatu werbistów w Rzymie. Z takich ciekawszych testów jest zachowana korespondencja między polską prowincją i generalatem dotycząca tego, żeby o. Marian i inni ocaleli klerycy w Dachau mogli dokończyć studia w Rzymie i nie musieli wracać do Polski, gdzie istniało ryzyko, że będą szykanowani przez komunistów – te z kolei dokumenty pochodzą z 1945 roku.



- Dokumenty to jedna ścieżka procesowa, a na ile i jakie będą przydatne w procesie świadectwa ludzi?

Komplet materiałów musi zawierać i dokumenty, i świadectwa ludzi. Może nawet nieco ważniejsze są świadectwa ludzi, bo dokumenty to sucha relacja, nie mamy wglądu w emocjonalność ich autorów. Jednak prace zaczynamy od dokumentów, ale świadectwa tych, którzy zetknęli się z o. Marianem, mogą najbardziej potwierdzić jego świętość. Ludzie mówią z serca.


- Każdy może dać świadectwo? Według jakiego kryterium postulatorzy dobierają ludzi?

Każdy, kto czuje taką potrzebę wyrażania swojej opinii o o. Marianie czy relacji ze spotkania z nim, może to zrobić, aczkolwiek dużą wagę przywiązujemy do relacji członków jego rodziny, którzy jeszcze żyją, a także ludzi, którzy z nim pracowali, mieszkali w tej samej wspólnocie zakonnej, mieli z nim bliższe relacje. Nie można też zapominać o tych, którzy mają coś przeciwko o. Marianowi – ich też trzeba wysłuchać, poznać ich zarzuty. W Indiach kilka osób nie darzyło sympatią o Mariana i oni też dostali możliwość wyrażenia swoich zastrzeżeń.


- No właśnie – osoby pracujące z o. Marianem czy te, na rzecz których on pracował, nazywały go świętym. Co zdaniem mieszkańców Indii świadczyło o świętości o. Mariana?

Dla trędowatych to była bardzo silna i wyraźna postawa współczucia, jaką charakteryzował się o. Marian. Natomiast dla przedstawicieli klas wyższych, czyli wyznawców hinduizmu, taką wartością i jednocześnie zaskoczeniem był fakt, że on potrafił uniżyć się do trędowatych – dotykał ich, czyścił ich rany, troszczył się o nich. Byli zdumieni, że w ogóle potrafił ich dostrzec i im pomóc – doświadczenie jego osoby było dla nich po prostu szokujące. Trędowaci patrzyli na o. Mariana jak na człowieka trochę z nieba, bo przecież nikt na ziemi się nimi nie zajmował, a on poświęcał im prawie cały swój czas, a na dodatek robił to szczerze i z serca. Trędowaci doskonale wyczuwali, że robi to z miłością, nie na pokaz – to była emanacja czystej miłości. Ta postawa o. Mariana stanowi niezwykle mocne świadectwo jego świętości.


- Jak długo Ojciec znał o. Mariana? Co najbardziej ujmowało Ojca w jego osobowości?

Poznałem go w moich czasach seminaryjnych – wiedziałem, że jest taki o. Marian, po Indiach wieść się szybko rozchodziła, że jest tu misjonarz z Polski. Kiedy skończyłem studium filozofii, udałem się na krótko do o. Mariana. A potem, kiedy już sam zostałem rektorem w seminarium, przez 10 lat zabierałam absolwentów teologii do Puri – tam przez miesiąc mieszkali, przyglądali się jego pracy i mu pomagali. Kiedy zostałem przeniesiony do pracy w generalacie w Rzymie, te bezpośrednie kontakty trochę się nam urwały, ale po moim powrocie z Rzymu o. Marian poprosił swego indyjskiego prowincjała i generała werbistów, abym do niego dołączył i z nim pracował. Byłem więc w Puri dwa lata i wtedy dość dobrze poznałem o. Mariana.

To, co najbardziej mnie uderzało w nim, to głęboka i prosta wiara w Pana Boga, z której czerpał siłę, aby służyć drugiemu człowiekowi. To nie była taka sucha, intelektualna książkowa wiara, ale taka, która go napędzała do pracy z ludźmi, opieki nad trędowatymi i wszystkich dzieł, których się podjął . Z jego zachowania przebijała niezwykła nadzieja, we wszystkim, co robił i mówił. Może to miało swe źródło w bolesnych przeżyciach związanych z pobytem w obozie, gdzie na co dzień spotykał się ze śmiercią, bólem, odejściem najbliższych osób? Może dzięki temu nie bał się śmierci, kochał życie, żył pełnym życiem, potrafił co do joty wykorzystać każdy dzień od świtu do nocy, nie marnował żadnej sekundy, aby zrobić coś dobrego. A wszystko, co robił, mówił i myślał, miało swe źródło w Panu Bogu, w wierze w Pana Boga.


- A dla Ojca osobiście, jaki testament duchowy zostawił o. Marian?

Życie o. Mariana było tak bogate, że i jego dziedzictwo jest ogromne i trudno ogarnąć je w kilku słowach – począwszy od pobytu w obozie koncentracyjnym, przez 25 lat pracy wśród adibasów, aż po ponad 30 lat zajmowania się trędowatymi. O. Marian stanowi idealny przykład pokazujący, jak być dobrym człowiekiem i misjonarzem.

***

o. Mariana Żelazek - misjonarz werbista, nazywany „ojcem trędowatych”. Pochodzący z Wielkopolski, z podpoznańskiego Palędzia. Był więźniem obozów koncentracyjnych KL Dachau i Mauthausen-Gusen, niosącym pomoc biednym i trędowatym w Indiach, za co był nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla. Mottem jego życia stało się powiedzenie: „Nie trudno być dobrym, trzeba tylko chcieć!”.

Rozmawiała: Anna Kot (www.werbisci.pl) / Poznań

Katolicka Agencja Informacyjna
ISSN 1426-1413; Data wydania: 20 lipca 2020
Wydawca: KAI; Red. Naczelny Marcin Przeciszewski

Komentarze