ŚWIADECTWO: „CÓŻ ODDAM PANU ZA WSZYSTKO, CO DLA MNIE UCZYNIŁ"
Miałam 22 lata. Zakochałam się i to się stało najważniejszą sprawą mojego życia. Wszystko ustępowało na drugi plan. Gdyby nie nieśmiałość, to mogło się to źle skończyć... Nadeszła Wielkanoc. Przed wyjazdem do domu na święta, postanowiłam dopełnić obowiązku spowiedzi wielkanocnej. Przypadkowy kościół, przypadkowy konfesjonał... Ksiądz zainteresował się moim stanem i wymógł obietnice niedzielnych komunii oraz zgłoszenia się do niego za trzy tygodnie. Bez przekonania obiecałam. Po trzech tygodniach wróciłam i znowu nieoczekiwanie to samo polecenie. Powtarzało się to kilkakrotnie, aż po jakimś czasie zapytał: „No i co teraz? Przeszło?" Nawet nie wiem, jak to się stało, ale moja „miłość" gdzieś się „rozpłynęła", a mnie pozostało poczucie ogromnego wyzwolenia. 2 lutego 1947 roku. Rekolekcje. Po Komunii św. wracam na moje miejsce i wzrok pada na mszalik, otwarty na dziękczynieniu w stałych częściach Mszy świętej — „Cóż oddam Panu za wszystko, co dla mnie uczynił" (Ps. 11